Tak, w sposób nieco tendencyjny, można by opisać poczynania Hieronima Savonaroli, gorliwego i charyzmatycznego dominikanina, który uważał się za Bożego wysłannika, przychodzącego, by dokonać moralnej odnowy XV-wiecznej Florencji i jej mieszkańców. Kim był? Świętym czy heretykiem? Prorokiem czy szaleńcem i fantastą? A może rewolucjonistą? Skończył na stosie, ale jego fenomen oparł się niszczycielskim płomieniom. Nie wiadomo, czy za sprawą Boga, czy sił nieczystych…
Żyłeś ponad 500 lat temu, ale nadal jesteś bohaterem wielu internetowych dyskusji, tekstów prasowych i książek. Godna pozazdroszczenia charyzma.
To cecha typowa dla proroków.
Nie żartuj! Nie o twoje „prorocze” inklinacje tu chodzi, lecz o skłonność do skandali. Gdyby ludzie kochali proroków, Pudelek z serwisu plotkarskiego zamieniłby się w religijny, a zapewniam cię, że to mu nie grozi.
Gdzież tam mnie, świętemu człowiekowi, mierzyć się z dzisiejszymi skandalistami. Największy skandal, którego byłem bohaterem, to chyba próba ognia, w jakiej przyszło mi uczestniczyć. Nakazano, bym przeszedł między płonącymi obręczami, co miało uwiarygodnić moje czyny. I akurat wtedy spadł deszcz. Moi liczni wrogowie zinterpretowali to jako interwencję sił nieczystych i tym sposobem nadszarpnęli mój autorytet.
Może mieli trochę racji. Ty sam mówisz o sobie „święty człowiek”. Tymczasem internauci nazywają cię Hitlerem, talibem, kreaturą i barbarzyńcą. Zresztą papież Aleksander VI ukarał cię ekskomuniką.
Wolę prawdziwych wrogów niż fałszywych sprzymierzeńców. Byłbym bardziej zaniepokojony, mając na Facebooku wielu niby-przyjaciół i tysiące pachnących sztucznym miodem lajków. A jeśli chodzi o papieża, jakie znaczenie ma ekskomunika takiego utracjusza, degenerata i nieuka co rusz popełniającego teologiczne błędy?!
Bądź co bądź był twoim szefem.
Wszelkiemu złu należy się przeciwstawiać, nawet jeśli przybiera postać przełożonego, który, jak każdy człowiek, może być ułomny na duchu. Ha, wyciera pewnie piekielne kąty, a w swoim czasie dołączą do niego niesprawiedliwi wobec mnie internauci. Swoją drogą, cóż to za diabeł ten internet!
Światłowody to niezwykle nośny sposób komunikowania się i przekazywania informacji… Pomyśl, gdyby w twoich czasach, pełnych wojen i intryg, można było mejlować, historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.
Nie tyle inaczej, co szybciej. Nie zapominaj, że wszystko, co się dzieje, dziać się musi, bo wynika z Bożego planu.
A zatem właśnie w zgodzie z Bożym planem dzisiejsi papieże korzystają z ogromnych możliwości internetu. A kto jak kto, ale pochwalający skromność papież Franciszek powinien wzbudzać twoją aprobatę.
A na czym niby ta skromność polega? Na tym, że zamienił swój złoty pierścień na pozłacany? Dobre sobie. Ja chodziłem w pocerowanym habicie i rozczłapanych sandałach. Jadłem tylko tyle, żeby przeżyć, i spałem cztery godziny na dobę.
Doskwierały ci halluksy, wrzody żołądka i bezsenność?
Nie, umartwiałem się w ten sposób.
Papież też zmienił wierzchnie okrycie na skromniejsze, jeździ busem zamiast limuzyną, a ponadto daje po kieszeniach swoim współpracownikom: nie przyznał premii okolicznościowej z okazji objęcia papieskiego urzędu, odebrał premię kardynałom sprawującym nadzór nad Bankiem Watykańskim. To powinno ci się szczególnie podobać, bo sam słynąłeś z okradania zamożnych.
Licz się ze słowami! Powołane przeze mnie do życia formacje młodzieńców odbierały przechodniom szkodliwe przedmioty i nieprawomyślne książki – robiły to dla dobra tych nieoświeconych nieszczęśników. Wszystkie skonfiskowane dzieła szatana były później publicznie palone.
Wśród tych szatańskich przedmiotów były m.in. perfumy i dzieła sztuki. A jakież to książki uznawałeś za nieprawomyślne?
Posyłałem w ogień wszystkich Horacych, Wergiliuszów oraz innych starożytnych grzeszników, którymi zachwycali się Florentczycy.
Bałeś się, że starannie wykształceni humaniści nie dadzą się omamić twoim ponurym, apokaliptycznym kazaniom? Nie cierpiałeś intelektualistów, co?
Chciałem zmienić Florencję w drugą Jerozolimę, a w niej jest miejsce jedynie na Biblię. Moja ukochana republika, nadgryziona konsumpcyjnym trybem życia jej władcy i mieszkańców, wymagała moralnej odnowy.
Do której wstępem były wspomniane już płomienne kazania, wygłaszane przez ciebie z wielką precyzją, z całym teatrem min i gestów.
Jako wysłannik Boga z łatwością podbijałem słowem tłumy słuchaczy.
W ten sposób każdego wyrafinowanego demagoga po kursie u specjalistów od kreowania wizerunku musielibyśmy uznać za Bożego przedstawiciela.
Nie bluźnij. Widziałem niedawno, jak jeden z waszych politycznych liderów, po wielu kursach u speców od wizerunku, przemawiał podczas pierwszomajowego pochodu. Zapewniam cię, że nie wyglądał na Bożego wysłannika. No chyba że za Boga uznamy tego nie dość dyskretnego suflera, który sączył mu do ucha całe przemówienie. Ja nie potrzebowałem takich żałosnych trików. Moim celem nie było bowiem zdobycie poparcia dla partii ani miejsca w parlamencie. Docierałem do ludzkich dusz dla wyższych celów. Pod wpływem moich słów ludzie przechodzili metamorfozę. Oszuści oddawali pieniądze swym ofiarom, a żony opuszczały mężów i wstępowały do klasztoru.
Nie ma się co chwalić, żeś rozbijał, uświęcone przez Kościół, podstawowe komórki społeczne.
Wszystko w imię Boga.
W imię Boga rozpanoszyłeś się we Florencji. Zostałeś szefem niezależnej kongregacji dominikańskiej w Toskanii, wystąpiłeś przeciw sprawującemu władzę Wawrzyńcowi Medyceuszowi, oskarżając go o sprzyjanie bogatym, gnębienie ludu i kupowanie głosów…
…i w imię Boga w Roku Pańskim 1494 stanąłem na czele poselstwa, które powitało we Florencji króla Francji Karola VIII, wysłańca Bożego.
Wpuściłeś wroga przybywającego z misją dokonania inwazji na Półwysep Apeniński i zdobycia Neapolu, do którego rościł sobie prawa.
Dzięki temu, że ułożyłem się z Karolem, Florencja uniknęła poważnych kłopotów. Król obiecał zreformować Kościół, zagwarantować wolność Florencji i uszanować jej prawa.
Ale zdaje się, że nieco u was nagrabił i ani twoja charyzma, ani talent oratorski nie spowodowały, że oddał łupy lub spalił je na publicznym stosie.
To jeszcze dałoby się jakoś przeboleć. Najgorsze jednak było to, że ten nieudacznik poniósł klęskę i przez to jego sojuszniczka, Florencja, znalazła się w trudnym położeniu.
A ty, będąc nieformalnym władcą Florencji, swoją krnąbrnością i butą pogrążałeś ją jeszcze bardziej. Aleksander VI był na ciebie wściekły.
O tak, nazywał mnie szerzycielem szkodliwych nauk i błędów i małym robakiem obrażającym Stolicę Apostolską. Powiedz sama, czy takie określenia przystoją papieżowi?
A czy takiemu uduchowionemu wszechwiedzącemu kaznodziei wypadało stchórzyć i udawać chorobę, gdy otrzymał wezwanie przed oblicze głowy Kościoła?
Nie tchórzostwo mnie powstrzymało. Szkoda było czasu na podróż do tego moralnego karła i jego zdemoralizowanych współpracowników. Realizowałem ważniejszą misję.
O tak, polegała na podburzaniu tłumów, szerzeniu nienawiści i deptaniu autorytetu wszystkich politycznych konkurentów.
Jesteś tendencyjna i niesprawiedliwa. Gdybyś żyła w moich czasach, poddałbym cię moralnej odnowie.
Każąc mi śpiewać pieśni religijne w stworzonym przez siebie chórze czy nieustannie szlochać, jak to mieli w zwyczaju twoi zwolennicy? Nic dziwnego, że nazywano ich płaczkami.
Płakali, bo tak oddziaływała na nich moja święta natura, która zawiodła mnie na drogę cierniową.
Ja bym to ujęła inaczej. Po prostu paskudny charakter zawiódł cię na manowce.
Oczywiście masz na myśli paskudny charakter papieża?
Ależ skąd…!
Nie przerywaj. To Aleksander VI nazwał mnie fałszywym prorokiem i zakazał wygłaszania kazań. To on zlikwidował toskańską kongregację dominikanów i pozbawił mnie stanowiska wikariusza generalnego. Wreszcie to on mnie ekskomunikował.
Ciężko na to pracowałeś. Gdybyś nie siał fermentu i pokornie opuścił zasłonę milczenia na niedoskonałości papieskiej natury, uniknąłbyś problemów. Tymczasem ty zapragnąłeś zrzucenia z tronu papieskiego Aleksandra.
Emanuje z ciebie paskudna skłonność do konformizmu. Mnie ta podła cecha była obca. Zawsze szedłem na całość i docierałem tam, gdzie nakazywało mi sumienie.
I co ci z tego przyszło? Gdy papież zażądał twojego wydania, grożąc, że w razie odmowy nałoży na Florencję bolesne sankcje finansowe oraz ukarze ją interdyktem, czyli zakazem odprawiania obrzędów religijnych, rzesza twoich zwolenników zaczęła topnieć.
To prawda, coraz więcej osób odwracało się ode mnie, ale zważ, że Signoria, to znaczy zarządzająca Florencją rada patrycjuszowska, nie wydała mnie papieżowi.
Rzeczywiście, szlachetni członkowie rady pozwolili, byś przeszedł serię bolesnych przesłuchań nie w Rzymie, lecz na miejscu, we Florencji, a następnie osobiście postawili ci stryczek…
…i rozpalili ogień, by spalić moje martwe ciało i by nie pozostała po mnie żadna relikwia.
Współczesny ci Machiavelli, analizując twój przypadek, napisał po latach, że „nieuzbrojeni prorocy padają, uzbrojeni zaś zwyciężają”. Nie szkodzi, że w oczach wielu byłeś dobry i sprawiedliwy. Broniłeś ubogich, domagałeś się opodatkowania bogaczy i tępiłeś lichwę. Zgubiła cię bezkompromisowość i polityczne nieobycie.
Cóż, moraliści nie mają szans na polityczny sukces.
Trzeba było poświęcić się wyłącznie sprawom religijnym, nie naruszając ładu politycznego i prawnego.
Jakiego ładu?! Tonęliśmy w morzu chaosu! Wiem, przegrałem, bo byłem niedostatecznie przebiegły. Nawiązując do Machiavellego – za dużo było we mnie lwa, za mało lisa. Nie miałem szans z cynikami, jacy mnie otaczali.
Trzeba jednak przyznać, że twoja sława na łonie Kościoła nigdy nie stopniała. Następcy Aleksandra VI często powoływali się na twój autorytet, m.in. papież Benedykt IV, uchodzący za jednego z największych teologów. Nie wspominając o obecnym papieżu Franciszku, który zalicza cię do swoich ulubionych przewodników duchowych.
Nie zapominaj też, że spore grono osób uznanych przez Kościół za świętych stawiało mnie sobie za wzór.
No i je steś nieocenionym obiektem dla dzisiejszych hejterów.
Być może dzięki nienawiści do mojej świętej osoby sami osiągną świętość. Niezbadane są Boskie wyroki.
Tak sądzisz? W takim razie od dzisiaj nienawidzę wszystkich bogaczy…