zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Hrabia Monte Christo

Wystarczy prześledzić losy nieopierzonego, naiwnego, prostego i zagubionego w świecie Edmunda Dantèsa, który pod wpływem niepohamowanej żądzy zemsty na niegodziwcach, którzy zaleźli mu za skórę, przeistoczył się w tajemniczego, starannie wykształconego, dystyngowanego, wyrafinowanego i wpływowego niczym sam Bóg hrabiego Monte Christo. Rozmowa z tytułowym bohaterem powieści Aleksandra Dumasa ojca „Hrabia Monte Christo” 


Jesteś jedynym w historii człowiekiem, któremu udało się uciec z okrutnego więzienia na wyspie If, położonej niedaleko Marsylii.
Spędziłem 14 lat w tej odrażającej twierdzy z wilgotnymi, pozbawionymi okien celami. Tu więźniowie, jeśli nie byli bogaci i nie kupili sobie w miarę godziwych warunków bytowania, szybko umierali lub zapadali na załamanie nerwowe.
 

Tobie jednak udało się przetrwać.
Byłem zdeterminowany. Musiałem znaleźć się na wolności, by wyrównać stare rachunki.


No tak, nic tak nie uskrzydla jak żądza zemsty.
To, powszechnie uznawane za destrukcyjne, uczucie uratowało mnie, nadając sens mojemu życiu.


To jednak trywialne…
Uważasz za trywialne coś, co uchroniło mnie od obłędu i samobójstwa, do którego się skłaniałem, pogrążony w beznadziei, przygnieciony nieszczęściami i ludzką podłością, oderwany od tych, których kochałem, i od tego, na czym mi zależało? Jak powiedział ktoś błyskotliwy, kto analizował moje życie: znałem tylko swoją przeszłość, która była tak krótka, teraźniejszość – tak ponurą, a moja przyszłość była tak niepewna… Gdybym nie zaczął fantazjować o zemście, a później ją planować, nie przetrwałbym. Każdy musi mieć jakiś cel – moim stało się wzięcie odwetu za krzywdy. 


Wiem, znalazłeś się w katastrofalnej sytuacji, jednak zemsta to nie brzmi dumnie…
To wysoce stereotypowy pogląd. Rzekłbym nawet, że frazes. Zemsta jest wpisana w ludzką naturę tak samo jak śmierć. Wystarczy przywołać babiloński kodeks Hammurabiego z 1772 r. p.n.e. czy też wszelkie mitologie, od greckiej po skandynawską, których bohaterowie z upodobaniem wcielali w życie akty zemsty, zabijając dzieci wrogów, odgrywając się na kochankach mężów lub zamieniając nieszczęśników w zwierzęta. Mitologiom nie ustępuje Stary Testament i bezlitosny Jahwe, hojnie zrzucający klątwy i nieszczęścia nie tylko na wrogów narodu wybranego, ale również na swoich wyznawców, którzy mieli czelność mu się sprzeciwić. 


W naszych czasach chrześcijaństwo kojarzy się raczej nowotestamentowo: z miłosierdziem, empatią, wybaczaniem i odpuszczaniem win. Papież Jan Paweł II, niedawno uznany za świętego, już w kilka minut po zamachu, którego padł ofiarą w 1981 r., modlił się za zamachowca Mehmeta Alego Agcę. 
Papież jest miłosierny z definicji. Wyobrażasz sobie głowę Kościoła katolickiego, która pomstuje na złoczyńcę, tym samym podważając fundamenty swojej wiary? To dopiero byłby skandal!


Również świeckie obyczaje w cywilizowanych krajach przewidują tzw. politykę grubej linii czy też grubej kreski, która po ustrojowej transformacji każe patrzeć do przodu – i stawiać na współpracę nawet z politycznymi adwersarzami – zamiast koncentrować się na wypaczeniach minionych systemów politycznych.
Akurat… Jestem przekonany, że w twoim kraju niemało osób marzy o akcie zemsty na zwolennikach tej teorii, uważając, że pozwoliła ona uciec od odpowiedzialności i uniknąć kary wielu sprawcom, jak to delikatnie nazwałaś, wypaczeń. 
Zresztą dajmy spokój tym dywagacjom, bo one nie mają nic wspólnego z moim przypadkiem. Duchowni oraz politycy to przynajmniej teoretycznie osoby dojrzałe, społecznie zaangażowane, biorące odpowiedzialność za wyznawców swojego Kościoła czy za swój kraj. Ich postawa, poglądy i działania często dzielą ludzi, wzbudzają kontrowersje, prowokują odmienne oceny. Jednym słowem, tacy delikwenci, chcąc nie chcąc, sami wkładają kij w mrowisko i mogą się liczyć z rozmaitymi, nawet hejterskimi, reakcjami.
Ja natomiast byłem zwykłym 19-letnim młodzieńcem: statecznym, pracowitym, odpowiedzialnym, uczciwym i prostolinijnym. Nie parałem się polityką i nie prowadziłem żadnych brudnych interesów. Właśnie uśmiechnęło się do mnie szczęście. Awansowałem w pracy, stając się kapitanem okrętu handlowego „Faraon”, na którym pływałem. Byłem zakochany i planowałem ślub z moją ukochaną – Mercedes. I nagle wszystko trafił szlag. Zostałem aresztowany i trafiłem do więzienia, oskarżony o bonapartyzm [był 1815 r., władzę sprawowali Burbonowie; Napoleon, po odsunięciu go od tronu, przebywał na Elbie, gdzie został zesłany – red.]. Zupełnie nie rozumiałem, co się stało. 

 

 

Jeśli nie rozumiałeś, co się stało, to byłeś naiwny. Sam powiedziałeś, że uśmiechnęło się do ciebie szczęście, a to wystarczy, by rozjuszyć bliźnich… 
Uświadomiłem sobie to dopiero po kilku latach odsiadki, gdy w mojej celi, w tajemnicy przed strażnikami, zjawił się inny więzień polityczny – ojciec Faria – bardzo szlachetny i wszechstronnie wykształcony włoski duchowny. To on, dzięki błyskotliwemu umysłowi i zdolności do logicznego rozumowania, uzmysłowił mi, że w rzekomą działalność na rzecz powrotu Bonapartego do władzy musiały wmanipulować mnie osoby, które miałyby korzyści z mojego zniknięcia. Okazało się, że to moi „koledzy”: m.in. zazdrosny o awans buchalter okrętowy Danglars oraz zakochany w mojej narzeczonej Fernand Mondego, który zresztą później się z nią ożenił.


Zaraz, zaraz… czy w twoich czasach można było niewinną osobę skazać na ciężkie więzienie na podstawie jednego fałszywego donosu? Czy wymiar sprawiedliwości nie prowadził śledztwa w tej sprawie i nie weryfikował informacji dostarczonych przez potencjalnych niegodziwców?
A jakże, a jakże… w śledztwo był zaangażowany niejaki prokurator de Villefort. Początkowo nawet mi sprzyjał, ale to się zmieniło, kiedy okazało się, że w napoleoński spisek zamieszany jest… jego ojciec. Chcąc go chronić, a przede wszystkim chcąc ratować własną karierę, prokurator z premedytacją mnie pogrążył. Jego ojciec wyszedł z opresji cało, za to mój umarł z rozpaczy i samotności.
Nawiasem mówiąc, nie łudź się, że w twoich czasach wymiar sprawiedliwości funkcjonuje inaczej. Wystarczy jeden oszołom u sterów władzy, by go upolitycznić i wypaczyć jego działalność. Pozwól, że przypomnę ci sprawę pewnego doktora od serca, którego „unieszkodliwiono”, by już nigdy więcej nikogo nie zabił, czy też sprawę pewnej prawniczki i celebrytki, która w romansowej scenerii, sprokurowanej przez znanego agenta i amanta z bożej łaski, została wmanipulowana w przyjęcie łapówki za pomoc w prywatyzacji wydawnictwa. Że nie wspomnę o pewnej eksposłance na Sejm i eksminister, która na widok „załogi” z ABW, która rankiem stanęła u jej drzwi, imputując jej powiązania z mafią węglową, zastrzeliła się, przewidując zapewne, że wymiar sprawiedliwości, nim rozezna się co do winy lub niewinności człowieka, potrafi go mocno – niekiedy wręcz nieodwracalnie – sponiewierać. 

 

Wracając do twojej historii, wiele zawdzięczasz księdzu Farii. 
Właściwie mogę powiedzieć, że to dzięki niemu narodził się hrabia Monte Christo. To on wszechstronnie mnie wyedukował, przybliżając zarówno nauki ścisłe, jak i humanistyczne. Nauczył mnie też kilku języków obcych. Dał ogładę. No i wreszcie wspierał w najtrudniejszych momentach życia.


Mam też na myśli bardziej praktyczny wymiar waszej znajomości.
Oczywiście. Gdyby nie śmierć mojego ciężko chorego współwięźnia i przyjaciela, pewnie już nigdy nie ujrzałbym świata – ukryłem się w całunie, w który owinięto jego ciało. Gdy wrzucono go do morza, byłem wolny. Poza tym dzięki Farii stałem się bogaty. To on wyjawił mi historię skarbu ukrytego na wyspie Monte Christo, który odnalazłem.


No właśnie, gdyby nie wart 2 miliony dukatów rzymskich skarb – sztaby złota, złote monety, rubiny, diamenty i perły – nigdy nie stałbyś się bogatym człowiekiem i nie zacząłbyś tkać misternej sieci intryg przybliżających cię do zemsty. Może to byłoby dla ciebie lepsze?
Moje działania rzeczywiście wymagały rozmachu i dużych nakładów finansowych. Podróżowałem po świecie, uczestniczyłem w licznych przygodach, bywałem na salonach. A wszystko po to, by osaczyć wrogów, na których chciałem wziąć odwet. Nie cofnąłbym się przed niczym. To była jedyna droga, którą chciałem podążać. 


Swoje życie przekształciłeś w istny teatr. Zmieniałeś tożsamość.
Tak. Nieszczęśliwy i zagubiony Edmund Dantès przeistaczał się to w księdza Busoniego, to w Sindbada Żeglarza, przede wszystkim jednak w dystyngowanego, inteligentnego, wyrafinowanego i demonicznego hrabiego Monte Christo. 


Puściłeś w ruch machinę zła.
Nie zła, lecz sprawiedliwości. Fernand Mondego, który przeistoczył się w hrabiego de Morcerf, popełnił samobójstwo, bankier Danglars, który stał się baronem, zasmakował bankructwa; de Villefort popadł w obłęd.


Warto było? 
Oczywiście. Zważ na to, że podjęte przeze mnie, perfekcyjnie zaplanowane, działania ujawniły, ile złych rzeczy mają na sumieniu moi prześladowcy. Mondego, uchodzący za bohatera wojny o niepodległość Grecji, okazał się zdrajcą i mordercą, de Villefort – dzieciobójcą, a Danglars był oszustem uwielbiającym wyłącznie pieniądze i zaniedbującym rodzinę.
 

To prawda, ale twoje demaskatorskie przedsięwzięcia, niewolne od kłamstw, intryg czy przekupstwa oraz prowokujące do morderstw i wywlekające mroczne tajemnice rodzinne zataczały tak szerokie kręgi, że niszczyły również osoby niewinne, niemające nic wspólnego z twoimi cierpieniami. Masz na sumieniu śmierć dziecka, syna de Villeforta – Edwarda.
Zaraz, zaraz, uściślijmy: Edwarda, notabene zdeprawowanego chłopca, zabiła jego własna matka. Ja miałem na to pośredni wpływ.

 

Uważasz się za złego człowieka?
Nie ma ludzi dobrych i złych. Każdy ma w sobie pierwiastki obu tych ścierających się ze sobą sił i używa ich w zależności od okoliczności. Mnie życie zmusiło do tego, by ujawnić mroczną stronę swej osobowości. Ale działałem z chirurgiczną precyzją, tak by ucierpiało jak najmniej niewinnych osób.


Bawiłeś się w Boga.
Otaczający mnie ludzie nie mieli pojęcia, że piszę scenariusze ich życia, że pociągam za sznurki ich działań i prowokuję ich do rozmaitych zachowań, sprawdzając, jak zareagują. Na tej podstawie podejmowałem decyzję, czy zasługują na nagrodę, czy karę. Dzięki temu, a także dzięki umiejętności przewidywania i sterowania przypadkami, rzeczywiście czułem się jak Bóg.


Czy Bóg ma niekiedy wyrzuty sumienia?
Śledząc historię ludzkości, nie sądzę. Ale ja miewałem. Nieobca była mi refleksja, że nienawiść zaślepia, gniew ogłusza, a ten, kto pragnie zaspokoić żądzę zemsty, może przypadkiem napić się goryczy. I tej goryczy nie osłodził nawet haszysz, mój prawie niezawodny psychoterapeuta. 


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.