zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Na drodze Czyngis-chana

Wylądowaliśmy w Saikhan, 600 km na południe od Ułan Bator. Krajobraz iście pustynny, pokryty stepem, jak okiem sięgnąć jedna linia horyzontu, tylko od południowej strony widać pasmo górskie, ok. 2 do 3 tys. m n.p.m. Architektura raczej mocno postsowiecka, Mongolia (2,7 mln ludzi, 1 mln w Ułan Bator) od czasu rewolucji październikowej była pod kuratelą Sowietów, w latach 30. ub.w. chcieli ją przejąć Japończycy, ale Sowieci ich wyparli. Od początku lat 90. rozwijają swoją demokrację, dość mocno starają się tu zaistnieć Koreańczycy, Japończycy, Rosjanie, Australijczycy, no i przede wszystkim Chińczycy, którzy są istotną siłą roboczą, a także dużymi inwestorami. Mongołowie to naród koczowniczy, niechętnie pracują. Są bogaci w minerały, miedź, złoto, węgiel, kobalt, wolfram, ropa występuje, ale nie jest intensywnie wydobywana. W sklepach wszystko jest z importu, z reguły dwa razy droższe niż w Polsce, na półkach dużo produktów z Polski i Korei, warzyw raczej brak. 
Na każdym kroku są karaoke bary, w których pije się sfermentowane mleko kobyle, kumys. Hitem jest przebój śpiewany przez Edmunda Fettinga „Czterej pancerni” (tekst po mongolsku), język kompletnie niezrozumiały, po latach rusyfikacji zaadaptowali alfabet, cyrylicę.

Na pustyni Gobi 
Jesteśmy na pustyni Gobi, architektura wokół pustyni zmieniła się dość znacznie, teraz stoją same jurty, które stawiają tu od pradawnych czasów. W pierwszym dniu mieszkaliśmy w jurcie. W miejscu, w którym startowaliśmy, mają kontenerowe łazienki i dobudowane pomieszczenia restauracyjne, pełen luksus. 
Na drugi dzień przeprawialiśmy się przez pustynię wszerz, łącznie przeszliśmy ok. 20 km, widoki nieziemskie, wysokość wydm pustynnych to ok. 200 m, część z nich jest bardzo stroma, do ścian pionowych włącznie, chwilami schodziliśmy z wielbłądów, bo nie wyglądało to bezpiecznie. Drugą noc spędziliśmy w namiotach, wiatr nie ustawał ani na chwilę, z trudem zrobiliśmy jedzenie.
We wtorek rano ruszamy na południe, przeszliśmy 8 km po stepie, ciągnąc ze sobą leniwe wielbłądy, przed nami bezkresny horyzont, chwilami pojawiała się woda, właściwie kałuże wody, ale to tylko fatamorgana, złudzenie, po prawej stronie granica Gobi. 
Dotarliśmy do jurty, gdzie mieszkają dwie kobiety, matka z córką, mąż pracuje w australijsko-kanadyjskiej kopalni złota, która dewastuje kompletnie środowisko. Nasza tłumaczka, Mongołka Eryka, moderuje całą rozmowę (kiedyś można się było porozumieć po rosyjsku, w dzisiejszych czasach pozostaje tylko mongolski). 
Po drugiej stronie Gobi było jezioro, które, niestety, wyschło, ale pozostało kilka źródeł, wokół których gromadzą się dzikie konie, a na zboczach pustynnych przesiadują na słońcu olbrzymie pustynne sępy. Na łąkach rosną „stada” krokusów. Od lądowania nie jedliśmy mięsa, dobiliśmy targu i kupiliśmy młodą kozę. W międzyczasie panie częstują nas zsiadłym wielbłądzim mlekiem, wypiłem dwa kubki, bo to jedyny mój posiłek w porze obiadowej. Moi towarzysze podróży zjedli świeżą wątróbkę, ale tłuszcz kozi, na którym ją usmażono, okazał się dla mnie nie do zniesienia, nie byłem w stanie zjeść nawet kęsa. 
Przed nami kolejny odcinek, do zaplanowanej bazy mamy 15 km stepem na granicy z pustynią, po jakimś czasie weszliśmy w koryto wysuszonej rzeki, dookoła były nadmuchane wydmy piachu tworzące bajkową scenerię. Pod najwyższym wzniesieniem udaje nam się znaleźć w miarę zaciszne miejsce, na kolację robimy gulasz z kozy i kaszę gryczaną. Do podziału mamy ostatnie piwo. 
Ruszamy rano ok. 9, przed nami 15 km, musimy przejść Gobi wszerz, niestety po drodze gubi nam się wielbłądowy z tłumaczką, poszli inną drogą. Ja z Aleksandrem musimy czekać pośrodku pustyni. Kolega Andrzej ma specjalne buty z Namibii do biegania po piasku pustynnym, po kilku godzinach namierzył ich ślady i odnajduje ich po drugiej stronie pustyni przy samochodzie. Emocji było przy tym sporo. Rozliczamy się z wielbłądowym i ruszamy z naszym kierowcą Unruu jego nowym chevroletem tahoe do najbliższej osady, żeby się wykąpać. Przed nami wyprawa polnymi drogami do Kharkhorin (Karakorum), to dawna stolica królestwa Mongolii założona przez Czyngis-chana. Tam, oprócz zwiedzania zabytków, ruszamy kajakami wzdłuż rzeki Orkhon. 

Karakorum – dawna stolica 
Podróż z Gobi do Karakorum trwała prawie półtora dnia, 600 km po stepie polnymi drogami (ostatni kawałek, tj. ok. 30 km, mieliśmy asfalt). Mongolia to 2,8 mln kmkw., ponad osiem razy większa od Polski. Widoki po kilku godzinach jazdy mogłyby być trochę nudne, ale dopisywał nam dobry humor. Średnia prędkość to 45 km/h. Przejeżdżaliśmy przez przełęcze, ok. 2 tys. m n.p.m., ale też odcinki proste jak strzała, przejechaliśmy też przez wysuszone jezioro, burza piaskowa sprawiała, że widoczność była ograniczona do kilku metrów, jechaliśmy po śladach wyjeżdżonej dróżki, niestety, nie działały żadne instrumenty pomiarowe typu kompas, wysokościomierz, GPS, prawdopodobnie duże złoża rudy żelaza zaburzają pole magnetyczne. Wjazd do miasta, o którym marzyliśmy przez kilka ostatnich dni, dość mocno nas rozczarował, temperatura 8 st. C, wysokość 1550 m n.p.m., przelotny deszcz, jedyny pozytywny znak to tęcza, która przebijała się przez zachmurzone niebo, dawała nadzieję, że pogoda się poprawi. Architektura miasta to domy epoki postsowieckiej pomieszane ze slumsami, jakie widziałem w połowie lat 90. w Johannesburgu. Trudno w tym odnaleźć urodę miasta Czyngis-chana. Czym prędzej wynieśliśmy się do kempingu nad rzeką, gdzie zamieszkaliśmy znane już nam z pustyni Gobi jurty. Służba kempingowa w ciągu 15 minut rozpaliła w każdej jurcie ogień. Jako paliwa używają wysuszonego łajna końskiego i krowiego. Ciepło szybko się rozprzestrzeniło (bez przykrych zapachów), ale i szybko uciekło. Wieczór spędziliśmy w kempingowej knajpie, sącząc chilijskie wino i wcinając wegańskie pierożki buuz na parze, sałatę z pomidorami i ogórkami, na główne danie dostaliśmy gotowane żebra wołowe, które nie miały specjalnego wzięcia. 
Przy sąsiednim stoliku siedziało dwóch Niemców z Kolonii, którzy motocyklami jechali na Alaskę. Miło się gawędziło, ale spać poszliśmy po północy, zwykle chodzimy przed 22. Niebo w niczym nie przypominało rozgwieżdżonego milionami gwiazd jasnego nieba znad pustyni Gobi. Rano pojechaliśmy zwiedzić świątynię buddyjską, zbudowaną w XVI w. na cześć Czyngis-chana, która jest wpisana na światową listę dziedzictwa kulturowego. Interesujące, ale porównując budowle i postumenty Buddy z zabytkami Birmy, które widziałem na początku tego roku, dochodzę do wniosku, że Birmańczycy pilniej się modlili i więcej pracowali. Po krótkim posiłku w miejscowej pierogarni wczesnym popołudniem udaliśmy się na poszukiwanie miejsca, z którego możemy wystartować kajakami. Po kilku godzinach poszukiwań udało nam się znaleźć właściwe miejsce, ale jest już zbyt późno, żeby wyruszyć, decydujemy się rozbić obozowisko. Skończyły się zapasy, więc kupujemy młode jagnię na prowiant w dłuższą drogę. Na szczęście prognoza się nie sprawdza, słońce skutecznie przebija się przez chmury, ale temperatura nie przekracza 10 st. C. Temperatura wody w rzece niecałe 8 st. C, po przebraniu się w pianki puściliśmy się z nurtem rzeki. Pierwszego dnia pogoda początkowo była słoneczna, jednak dość szybko okazała się bardzo zmienna, potężne burze i silny porywisty wiatr uniemożliwiał nam bezpieczny spływ. Kilkakrotnie musieliśmy się ewakuować na brzeg i przeczekać nawałnicę. Dwa kolejne dni były już bardziej spokojne, a rzeka i budząca się do życia przyroda (bo wiosna tu przychodzi później) pokazywała nam swoje uroki. Krystalicznie czysta woda płynie dość wartkim nurtem wzdłuż zielonych wzgórz przypominających nam trochę Szkocję. Na zboczach pasły się tysiące owiec, kóz, krów, jaków, no i wspaniałych koni, które są hodowane tu w zupełnej swobodzie. Co chwila napotykaliśmy tabuny, które pławiły się w zimnej wodzie, a spłoszone naszą obecnością zrywały się do galopu. Najbardziej jednak zachwycało nas niezliczone ptactwo. Żurawie tańczące na brzegu w swych godowych zalotach sprawiały wrażenie, jakbyśmy to my byli ich głównym audytorium. Ponadto widzieliśmy kormorany, czajki i inne ptaki, które nie do końca potrafiliśmy zidentyfikować. Dolina rzeki Orkhon (obok tak znanych obiektów jak Wielki Mur Chiński) wpisana jest na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Wzdłuż rzeki jest sporo ciekawych zabytków z epoki paleolitu i brązu. Płynęliśmy po kilka godzin dziennie, łącznie zrobiliśmy ok. 70 km. Wieczorami paliliśmy ognisko i popijaliśmy złociste piwo gingis haan. 
Nasz kolega Andrzej starał się mocno urozmaicić nam dotychczasową mięsną dietę, próbując złowić jakieś ryby, ale, niestety, jego wysiłki spełzły na niczym i pozostaliśmy przy gulaszu jagnięcym z ryżem gotowanym z płatkami nori. Do tego serwowaliśmy sobie polskie ogórki konserwowe, które można tu kupić w każdym sklepie. Unruu (wykształcony matematyk) i tłumaczka Eryka (absolwentka Lancaster University i doktorantka w Polskiej Akademii Nauk, biegle mówiąca po polsku) byli pod wrażeniem naszych kulinarnych zachcianek i pogodzili się z rolami podkuchennych. Najcenniejsze jest to, że ciekawie opowiadali nam o swoim kraju i obyczajach. Po drodze do Ułan Bator zajechaliśmy na kilka godzin do Hustai National Park, gdzie na obszarze ok. 506 kmkw. żyje ponad 30 stad koni Przewalskiego, niezliczona ilość jeleni i świstaków. W tych okolicznościach przyrody postanowiliśmy zrobić sobie trzygodzinny marsz na najwyższe wzniesienie, ok. 1800 m n.p.m., obserwując po drodze przy wodopoju dziko żyjące konie, uważane za gatunek pierwotny dla wszystkich koni, który nasz rodak jako pierwszy sklasyfikował.

Ułan Bator 
Na przedmieściach Ułan Bator utknęliśmy w gigantycznym korku, który był efektem prac drogowych, ale nie narzekaliśmy specjalnie, bo mogliśmy obserwować miejscowy styl jazdy, który najbardziej przypominał afrykański model ruchu drogowego (czerwone światło nie służy do tego, żeby się zatrzymać, tylko do tego, żeby zwolnić). Na ulicach roi się od luksusowych samochodów, głównie azjatyckich. Wzdłuż ulicy znajdują się niezliczone salony samochodowe, komisy sprzętu budowlanego, ciężarówek, materiałów budowlanych itp. W centrum Ułan Bator nowa architektura nie odbiega od tej w innych metropoliach na świecie. W hotelach i restauracjach widać sporo obcokrajowców, głównie biznesmenów, którzy przyjechali tu robić interesy. Mongołowie bardzo niechętnie kupują chińskie produkty, wolą importować towary wyższej jakości z Europy, a Polska jest dla nich idealnym miejscem na takie zakupy. Inne preferowane kraje to Korea albo Japonia, z którymi mają bardzo dobre relacje. W ramach oszczędności Polska zamknęła swoją ambasadę w Mongolii i to zmusiło obywateli Mongolii do jeżdżenia po wizę do Pekinu. W okresie intensywnego rozwoju w regionie Azji Centralnej nasz biznes został pozostawiony sam sobie. 
Wieczorem poszliśmy na godzinny koncert folklorystyczny. Urzekły nas tańce wykonane w perfekcyjny sposób do niezwykle dynamicznej i rytmicznej muzyki. Podziwialiśmy zawodzące, gardłowe śpiewy (Mongolia toczy spór z Chinami o to, z jakiego kraju wywodzi się gardłowy śpiew) przy melodyjnym akompaniamencie mongolskiej wiolonczeli, harfy, cymbałów i fletu. W restauracjach ceny zbliżone są do europejskich. Wynagrodzenia – od 300 euro dla początkujących do 2500 euro dla samodzielnego handlowca dobrze władającego językiem angielskim. W przypadku stanowisk menedżerskich stawki idą w górę do ponad 10 tys. euro. Z uwagi na mnogość inwestycji związanych z wydobywaniem surowców zapotrzebowanie na kadrę menedżerską jest ogromne. Co ciekawe, wiele kluczowych stanowisk w firmach jest obsadzonych przez kobiety, które wydają się bardziej dynamiczne i przedsiębiorcze niż mężczyźni. 


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.